Czy tylko mi się zdaje, czy „urlop zdrowotny” brzmi strasznie… archaicznie. Żeby tylko! Jakoś nie chce mi to przejść przez gardło ani przez palce i pisać na takim blogu o przygodzie ze zdrowym stylu życia, kiedy próbuję sobie przetłumaczyć tak dla mnie oczywiste i eleganckie angielskie „wellness retreat”. Googlam ten nieszczęsny urlop zdrowotny i oto wyskakuje – urlop dla poratowania zdrowia… Matkobosko! Znaczy się, że człowiek chory i już nie ma innego wyjścia, jak tylko się leczyć z (na pewno) wstydliwych dolegliwości. Bo tak, to by przecież pojechał na urlop wypoczynkowy i jak normalny człowiek cieszył się urokami życia.

Teraz na frazę „urlop zdrowotny” w moim umyśle momentalnie pojawiają się scenki rodem z sanatorium. Już widzę tych pobladłych kuracjuszy popijających zalatującą zgniłym jajem wodę z górskiego źródełka. Albo rozkaszlanych staruszków siedzących na spowitych mgiełką ławeczkach wokół tężni (ktoś oprócz dziadków wie, co to jest tężnia?). Na koniec pocieszam się żwawo podrygującymi emerytami na potańcówkach w Ciechocinku. Jeszcze tańczą! Nie jest źle.

Btw, jeśli ktoś kiedyś miał okazję zobaczyć te turnusy ciechocińskie to wie, że oni tam się nieźle bawią. Na chorych z pewnością nie wyglądają! Anyways…

Dlaczego w polskim języku nie ma trafnego sposobu na określenie tego czym w angielskim jest wellness retreat?

Przekładając na nasze, pierwsze oznacza po prostu stan dobrego samopoczucia, czyli bycie w zdrowiu i równowadze. Drugie, to ni mniej ni więcej jak odosobnienie. Odosobnienie, oderwanie się, izolacja codzienności. Znów po polsku brzmi to zupełnie jak kara! Nie wiedzieć czemu, angielskie słowa „wellness retreat” przywodzą na myśl scenki zgoła inne – zrelaksowane, zadbane i uśmiechnięte twarze, energiczne giętkie ciała w pozycjach jogi, pachnące olejkami, minimalistyczne pomieszczenia spa. A przecież znaczą tyle, co właśnie urlop zdrowotny. 

Że niby to taka stara Polska tradycja, że człowiek zaczyna o siebie dbać, jak już nie ma innego wyjścia?

Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie…

Wszak już wieszcz nasz narodowy wieszczył, że Polacy szanują zdrowie dopiero jak się zepsują. Nie chce mi się jednak wierzyć, aby to była domena naszego zacnego narodu. Olśnienie! Toż to jest tylko dobry chłyt marketingowy.

Wzywam więc do odczarowania naszego urlopu zdrowotnego!

Niech dostanie nowy imidż, nową zadbaną twarz, albo chociaż odzyska dobre imię (jeśli takowe kiedykolwiek miał). Oto trzy powody, dla których powinnaś zabrać swoje ciało, umysł i duszę na urlop zdrowotny, nawet jeśli nie masz poczucia, że musisz je ratować:

Urlop zdrowotny, czyli Wellness Retreat albo Wyjazdy z Jogą

1. Pierwsze primo – czas dla zdrowia

Urlop zdrowotny to świetna okazja, żeby w końcu skupić się na własnym samopoczuciu. Przez dłuższy czas znajdujesz się w optymalnych warunkach do wprowadzania nawyków, które służą Twojemu zdrowiu a nie zachciankom.

Kiedyś przez 2,5 miesiąca miesiąca mieszkałam w świętym mieście Rishikesh w Indiach. W takich miastach jest całkowity zakaz sprzedaży mięsa i alkoholu. Nie jem mięsa, więc tu akurat nie robiło mi to różnicy. Nie mam też głowy do alkoholu i generalnie rzadko zdarza mi się mieć na niego ochotę. Okazuje się jednak, że w gorącym klimacie zimne piwko to normalnie szczyt marzeń! Gdyby dało się je w Rishikesh kupić, na bank bym sobie nie odmówiła. Tyle, że się nie dało. I zachcianka sama przeszła.

Jest taka koncepcja, że jeśli robisz coś przez okres 21 dni, to wchodzi Ci to w nawyk. Po prostu Twoje ciało i umysł zapominają, że było inaczej i biorą to za normę. Nie każdy może sobie pozwolić na tak długie urlopy, ale nawet siedem dni zdrowej diety i ćwiczeń sprawią, że łatwiej je kontynuować, gdy wrócisz do „normalnego” życia. 

Urlop zdrowotny, czyli Wellness Retreat albo Wyjazdy z Jogą

2. Drugie primo – przyjazne otoczenie

Generalnie każdy urlop oznacza, że przenosisz się inne środowisko, z dala od codzienności i obowiązków, stresorów i starych nawyków. Urlop zdrowotny z kolei tworzy dodatkowo atmosferę sprzyjającą dbaniu o zdrowie. Spotkasz tu ludzi, którzy przyjechali po to samo, mają podobne cele i trudności. Nic nie motywuje bardziej niż wsparcie osób podobnych do Ciebie. Jest większa szansa, że spotkasz bratnie dusze, a którymi bez żenady można prowadzić głębokie rozmowy – zwiększające świadomość, dodające otuchy, zmieniające perspektywę, zachęcające do trwałych zmian.

Dla mnie takim środowiskiem okazała się społeczność joginów na Koh Phangan w Tajlandii. Tutaj prawie każdy był na jakiejś dziwnej diecie oczyszczającej, w różnym stopniu praktykował jogę i miał doświadczenia z medytacją. Razem próbowaliśmy nowych technik, wspieraliśmy wzajemnie w staraniach i dzieliliśmy się doświadczeniami. Gdyby nie ta grupa wsparcia, nigdy nie miałabym tyle śmiałości, żeby zapisać się na kurs nauczycielski jogi.

W środowisku sprzyjającym Twoim celom, po prostu łatwiej jest ustalić nowe schematy zachowań i te cele osiągnąć. I to przy mniejszym wysiłku. Podobnie jak z nauką na przykład języka – możesz wkuwać w szkolnej ławce słówka i gramatykę przez rok albo pojechać na wymianę do kraju pochodzenia i złapać język w kilka tygodni. Proste jak barszcz – po prostu zanurzysz się w zdrowym stylu życia.

Urlop zdrowotny, czyli Wellness Retreat albo Wyjazdy z Jogą Kambodża Koh Rong

3. Trzecie primo ultimo – wspierający program

Brak czasu, stres i demotywujące środowisko powodują, że ciężko jest wprowadzić w życie odpowiednio zbilansowaną dietę, regularne ćwiczenia i czas na relaks. Czasami nawet nie wiadomo od czego zacząć, a przecież trzeba się do tego przygotować – poczytać, poszukać opinii, źródełka, a później jeszcze to wszystko regularnie ROBIĆ. O zgrozo samemu!

Chociażby wegańska dieta kojarzy się z czymś niesmacznym i trudnym do wdrożenia. I tak jest! Kiedy przechodziłam na surową, wegańską dietę (dawno i nieprawda) spędziłam tygodnie na przygotowaniach. To i tak nie uchroniło mnie od błędów i chwil słabości. Za to kiedy w trakcie kursu nauczycielskiego jogi, razem z całą grupą automatycznie przeszłam na dietę wegańską serwowaną przez szkołę – pyszne pełnowartościowe posiłki z masą warzyw, ani się obejrzałam, jak po miesiącu kompletnie się przestawiłam. Sama chyba nigdy bym się nawet do tego nie zabrała.

Także, jeśli jadasz mięso i nie wierzysz, że możesz z niego zrezygnować wystarczy wziąć udział w wyjazdach z jogą, gdzie w standardzie posiłki są wegetariańskie lub wegańskie. Tam po prostu nie masz wyjścia.

To samo tyczy się regularnych ćwiczeń fizycznych. Cokolwiek wybierzesz, czy to Joga, Pilates, taniec, spacery… wszystko poprawi Twoją sprawność i wytrzymałość. Kiedy już pokonasz barierę dyskomfortu (jakoś tak łatwiej się to robi, kiedy inni patrzą) to łatwiej będzie o kontynuację po powrocie. 

Po takiej argumentacji, jedynym powodem dla którego miałabyś nie wybrać się na urlop zdrowotny może być to, że Ci się po prostu nie chce.

Wcale nie to, że urlop zdrowotny to impreza dla emerytów!

Idź chociaż na tężnię. Jak jesteś z Warszawy to w Konstancinie jest fajna.

Om!

 

P.S. Wszystkie zdjęcia są moje. Jedź na urlop zdrowotny i zrób sobie jeszcze lepsze.

Autor

Piszę o jodze, medytacji, podróżach i innych sposobach pracy z ciałem, umysłem i duszą. To są rzeczy, które zmieniły moje życie – sprawiły, że lepiej się czuję w swoim ciele, jestem zdrowsza, łatwiej pokonuję codzienne trudności, pełniej wyrażam siebie o czym możesz się przekonać na tej stronie. Jeśli chcesz tego dla siebie i swoich najbliższych dołącz do karawany. Indżoj!