Jestem jedynym gościem w bungalowach Pana Tho. Leżę w zaanektowanym kącie jadłodajni, z nosem w książce i kotem na brzuchu. Renia udomowiona. Okopałam się poduchami i nigdzie się stąd nie ruszam!

Mam okazję przyjrzeć się powolnemu życiu wyspiarskiej rodziny. Może nie ma tu tradycyjnej kultury, mam dostęp do internetu a na śniadanie dostaję naleśnika z bananami, ale za to mogę obserwować współczesną laotańską codzienność.

Trafiają się też i bardziej znaczące wydarzenia, jednak mieszkańcy Don Det do wszystkiego podchodzą z jednakowym spokojem i dystansem.

Mam szczęście, że restauracja Mr Tho sąsiaduje z kawałkiem niezagospodarowanego nabrzeża. Szybko okazuje się, że czyni to z mojego poduchowego kącika doskonały punkt obserwacyjny. Wśród chwastów, zdeptanych kępek trawy i żelaznych szczątków jakiejś prehistorycznej machiny dobijają tu do brzegu różnego rodzaju, wielkości i przeznaczenia jednostki pływające. To prawie jakbym przesiadywała na Dworcu Zachodnim.

Oprócz oglądania takich trywialnych rzeczy jak codzienne zmagania gospodarza z chaosem jego domostwa, półnagiego malucha przebiegającego przez salę z prędkością światła albo siusiającego wprost ze schodów restauracji, czy małych łódeczek z ryczącymi motorami przemykąjcymi po wodach Wielkiego Mekongu, mam też okazję obserwować takie wydarzenia jak przybycie Matki Laotanki, załadunek gabarytowej zwierzyny a nawet pracę ekipy telewizyjnej.

Pierwsze przybycie Matki Laotanki robi najmniej hałasu. Z dzieciakami pod pachami przemyka przez scenę cichaczem i znika na ścieżce wiodącej na południową stronę wyspy. Za to Trzej Torreadorzy nie oszczędzają płuc i najrozmaitszych wybiegów od dłuższej chwili załadowując główną siłę pociągową Don Det – bawoły wodne. Nie lada gratka i widowisko dla dziecka zachodniej cywilizacji. Pudzian też by nie pogardził.

Ostatni dzień niepodległości Laotańskiej Republiki Olewki i Luzu. Laos Don Det Mekong

Jeszcze większą atrakcją jest Drużyna Srebrnego Ekranu. Do bungalow Mr Tho przybywa ekipa telewizyjna! Normalnie to wydarzenie na całą wioskę. Ale gdzie tam… przecież jesteśmy w Laotańskiej Republice Olewki i Luzu – jedynym gapiem jestem ja.

Panowie znoszą sprzęt i rozkładają się z nim przy barze. Później sadzają jakiegoś dziadzia na krzesełku i… akcja! Dziadzio gada i gada i nic z tego nie wynika. Ciekawość mnie zżera. Zaczepiam więc gospodarza –  Panie, co się tutaj dzieje?! Bez cienia zainteresowania czy ekscytacji, cierpliwie wyjaśnia, że ot tak kręcą sobie tutaj film dokumentalny dla laotańskiej telewizji. O życiu na wyspie. O mieszkańcach. O zmianach.

Laotańskim zwyczajem nikt się mną nie interesuje. Nie zostanę gwiazdą laotańskiej telewizji.

 

Mój gospodarz mieszka w nowiutkim, świeżo pomalowanym domku po drugiej stronie ścieżki. Każdego wieczoru przychodzą do niego znajomi i przesiadują przy stole w restauracji, gdzie toczą długie rozmowy. Nie jest mi dane przyłączyć się do nich, ale kiedy wizyty dobiegają końca a mały potwór zapada w sen, gospodarz przysiada się do mojego kącika na pogawędkę.

Jestem teraz niczym prezenterka telewizji śniadaniowej. Prowadząc swoje „Sto pytań do…” dowiaduję się, że właściciel nie jest wcale panem Tho, a jedynie jego dumnym potomkiem, że gospodarz kształcił się w stolicy ale wybrał spokój Don Det oraz że małżonka wraz z drugą latoroślą wizytuje u rodziny. Moje małe dochodzenie wyjaśnia w pewnym stopniu zastany chaos, beztroskę gospodarza i sielankę codzienności w moim małym raju na ziemi.

Ale to cisza przed burzą

Pewnego dnia gospodarz ożywia się nieoczekiwanie i nad wyraz energicznie bierze za powszechne porządki. Nagle w drzwiach kuchni wyrasta sterta śmieci. Pościel wietrzy się w oknie żółtego domku, maty i szmaty powiewają na balustradach restauracji, stoły dostają nóg a latorośl dostaje portki. Wyczuwam niedalekie przybycie szanownej małżonki.

Po południu przypływa łódź a gospodarz w pełnej gotowości czeka już na posterunku. Nadeszła wiekopomna chwila, małżonka nadchodzi!

Wychylam nos z książki, by nie ominąć sceny finałowej.

W podpływającej do brzegu drewnianej łodzi siedzi chyba z piętnaście osób. Kobiety, dzieci, mężczyźni. Walizy i worki. Mydło i powidło. Gospodarz w tempie, którego się po nim ani przez chwilę nie spodziewam pomaga to wszystko rozładować. Ku mojemu zdziwieniu, całe to towarzystwo kieruje się prosto na nas. Mężczyźni rozsiadają się przy stole, kobiety znikają w żółtym domku. Dzieci anektują skrawek trawy. Robi się tłoczno i gwarnie.

Republika upada pod pantoflem Matki Laotanki i jej rodziny. To był ostatni dzień niepodległości. Trzeba emigrować.

 

Jeśli chcesz się wybrać w tamte okolice, to polecam zniżkę na noclegi. Aczkolwiek przybytek opisany powyżej jest dostępny jedynie analogowo – wysiadasz na przystani, skręcasz w lewo i idziesz ścieżką jakieś 1,5 km. Kiedy miniesz betonową bramę i zobaczysz mały żółty domek, jesteś na miejscu.

W innym wypadku klikaj poniżej:

Autor

Piszę o jodze, medytacji, podróżach i innych sposobach pracy z ciałem, umysłem i duszą. To są rzeczy, które zmieniły moje życie – sprawiły, że lepiej się czuję w swoim ciele, jestem zdrowsza, łatwiej pokonuję codzienne trudności, pełniej wyrażam siebie o czym możesz się przekonać na tej stronie. Jeśli chcesz tego dla siebie i swoich najbliższych dołącz do karawany. Indżoj!